Wieczorny spacer z Jezusem

Wychowałam się w rodzinie podzielonej pod względem wyznaniowym: mama jest protestantką (adwentystką dnia siódmego), tata katolikiem. Do 17 roku życia chodziłam do obu kościołów...

Wychowałam się w rodzinie podzielonej pod względem wyznaniowym: mama jest protestantką (adwentystką dnia siódmego), tata katolikiem. Do 17 roku życia chodziłam do obu kościołów. Jako dziecko wybrałam kościół adwentystów, głównie ze względu na to, że mama nie tylko tam uczęszczała, ale na co dzień żyła z wiary. Bóg był od zawsze obecny w moim życiu, widziałam Jego działanie w odpowiedzi na modlitwy. Ponieważ tematy duchowe stanowiły kwestię sporną w moim domu, dużo czytałam, słuchałam i studiowałam, żeby sobie to wszystko poukładać. W ten sposób zebrałam mnóstwo informacji o tym, jaki jest Bóg. I zaczęłam Go doświadczać.
Pamiętam, jak w wieku ok. 6 lat przeziębiłam się dość poważnie i mama stwierdziła, że trzeba iść do lekarza. W tamtych czasach wiązało się to z otrzymaniem serii zastrzyków w pupę, co było dla mnie przerażające, ale nie względu na ból, tylko skrępowanie. Ukryłam się w moim pokoju i pomodliłam, żebym nie musiała dostawać zastrzyków. I wydarzył się cud: pani doktor spytała, czy umiem połykać tabletki! To było moje pierwsze doświadczenie Bożej mocy :)
Kolejne mocne doświadczenie przeżyłam w wieku 15 lat. Moja najlepsza przyjaciółka z klasy zachorowała na pewną odmianę anemii, objawiającą się napadami drgawkowymi podobnymi do epilepsji. Byłam świadkiem dwóch takich ataków i nie mogłam poradzić sobie z ogarniającym mnie lękiem przed kolejnymi. Lęk ten towarzyszył mi nieustannie, przeniósł się na wszystkie osoby, które mnie otaczały i przerażał mnie tak bardzo, że wstydziłam się komukolwiek o tym powiedzieć. Przez kilka miesięcy żyłam nie wiedząc, co się ze mną dzieje, popadając w depresję. Modliłam się, ale moje serce było zamknięte, bo nie potrafiłam uznać mojej słabości. Pewnej nocy nastąpił przełom. Wylałam wtedy przed Bogiem całe serce, wypłakałam cały ból i wstyd. Zasnęłam spokojnie i rano obudziłam się wolna. Nie było ani śladu po lęku, czułam że jestem zdolna na nowo pokochać moją przyjaciółkę. Lęk nie wrócił. Wtedy podjęłam decyzję, że chcę przyjąć chrzest przez zanurzenie, na znak zawarcia przymierza z Bogiem, z wdzięczność za to, co dla mnie zrobił. Półtora roku później, pomimo przeszkód ze strony taty zostałam ochrzczona :)
Moje nowonarodzenie nastąpiło kilka lat później. Uczestniczyłam w międzynarodowym zjeździe młodzieży adwentystycznej jako wolontariuszka. Pewnego piątkowego wieczora program przeciągnął się do późnej nocy, a ja po wyjściu z sali kongresowej nie mogłam znaleźć nikogo z moich znajomych. Wiedziałam, że sama nie trafię do hotelu, w którym nocowałam, bo nie mam za grosz orientacji w terenie, a do tej pory zawsze szliśmy grupą i nie obserwowałam drogi. Ogarnął mnie lęk, który narastał w miarę upływu czasu i bezowocnych poszukiwań znajomej twarzy wśród tysięcy osób. W końcu zaczęłam rozpaczliwie się modlić. Usłyszałam: „Nie bój się. Chodź ze mną na spacer.” Byłam w szoku. Pierwszy raz usłyszałam Boga mówiącego do mnie. Zrobił to w taki sposób, że nie miałam żadnych wątpliwości, że to On. „Panie, na spacer? Teraz?” „Tak, teraz. Jest sabat. Spójrz, jaki piękny wieczór.” Rzeczywiście, wieczór był cudny. Ciepłe powietrze pachniało letnim wieczorem, niebo było pełne gwiazd. W chwili, kiedy zdecydowałam porzucić troskę o moje bezpieczeństwo, spłynął na mnie głęboki pokój i radość. Spacerując zaczęłam płakać, ogarnęło mnie pragnienie Boga, bliższej relacji z Nim, ufania Jemu ponad wszystko, z taką mocą, jak nigdy dotąd. Czułam, że jest to moment ważnej decyzji, która zmieni całe moje życie. Zdałam sobie sprawę, że do tej pory trzymałam Boga na dystans, wpuszczając Go tylko w niektóre dziedziny mojego życia, tak że na zewnątrz wyglądałam jak wzorowa chrześcijanka, ale wewnątrz czułam pustkę i tęsknotę. Pragnęłam więcej i mówiłam Bogu o tym. Zobaczyłam wiele sfer mojego życia, które trzymałam szczelnie zamknięte przed Nim. Zrozumiałam, że życie z Bogiem musi opierać się na Jego pełnym przywództwie i moim posłuszeństwie. Wtedy usłyszałam pytanie: „Czy chcesz mi oddać CAŁE swoje życie, tak abym w nim królował?” Odpowiadając z całym przekonaniem „Tak, Panie”, czułam że to będzie bolało, bo zło, które we mnie mieszka będzie musiało umrzeć, ale jednocześnie czułam taką głęboką radość i podekscytowanie, jakbym wkraczała w najwspanialszą przygodę mojego życia, pełną ryzyka, ale zwycięską. Coś się we mnie zmieniło, wiedziałam że od tej chwili już nic nie będzie takie samo. Rozszerzyło się moje pojęcie i oczekiwanie Bożej mocy. Nie bałam się, że nie trafię do hotelu. Miałam pewność, że Bóg ma moc mnie tam zaprowadzić. W zasadzie byłam chętna spacerować z Nim całą noc :) Zrozumiałam, że nigdy już nie będę sama. Ruszyłam dziarskim krokiem naprzód i zobaczyłam modlącą się grupę osób. Dołączyłam do nich i okazało się, że są to osoby z polskiej grupy wolontariuszy, które chwilę po modlitwie idą do hotelu. Do tej pory publiczna modlitwa była dla mnie stresująca i bardziej myślałam o ludziach, którzy jej słuchają niż o Bogu. Wtedy pierwszy raz w życiu pomodliłam się modlitwą tak potężną, która popłynęła z moich ust i sama byłam zdumiona słuchając jej. Od tamtego wieczora moja przygoda z Bogiem zaczęła się na dobre i nigdy się nie skończy!


Kamila Rudź

Autor artykułu: Kamila Rudź

Dodane przez: Ewcysia | Opublikowano: 2011-10-19 | Kategoria: Jak poznałem Boga?

Wyświetleń: 538


Dodaj komentarz