Przemienieni

Świat będzie przekonany nie przez nauki wygłoszone z kazalnic, lecz przez życie prawdziwie wierzących. Z kazalnicy płynie tylko teoria ewangelii, praktyczna pobożność wyznawców Chrystusa objawia jej potęgę — Ellen G. White.

Borys Kornfeld był Żydem, ateistą, komunistą. Jako ofiara jednej z czystek Stalina trafił do obozu dla więźniów politycznych. Był lekarzem, dzięki czemu na zesłaniu nie miał najgorszej sytuacji. Doglądał umierających w obozowych warunkach ludzi. Jednym z jego pacjentów był chrześcijanin. Długie rozmowy i życie tego człowieka kazały Kornfeldowi krytycznie podejść do wielu własnych przekonań. Toczył w swym wnętrzu prawdziwy bój, ale nie był tego świadomy. Do czasu, gdy miał ratować życie jednego ze znienawidzonych strażników. Mężczyzna został pchnięty nożem. Kornfeld chciał tak zszyć arterię, by wkrótce po zabiegu znowu pękła. Zemsta miała sprawić rozkosz, tymczasem zakładając szwy, przeraził się siłą nienawiści, którą odczuwał. Zdał sobie sprawę, że jest w pułapce — nie różni się niczym od prześladowców, którymi gardził. Ponownie zszywając ranę, nieświadomie powtarzał: odpuść nam nasze grzechy, jak i my odpuszczamy naszym winowajcom. Dziwny ateista. Ale Kornfeld już nim nie był. Odrzucił zemstę i wybaczył. Powtarzał słowa, które tak często słyszał u swojego pacjenta. Cytował fragmenty biblijne o łasce, miłości i przebaczeniu — wszystkie, które zdołał zapamiętać. Wierzył i kochał. Uczucia i myśli eksplodowały. Kornfeld nie był w stanie zamknąć ich w sobie, więc zaczął dzielić się tym, co odkrył, z innym pacjentem. Przywieziony po operacji raka jelita więzień mimowolnie wsłuchiwał się w słowa lekarza. Słuchał o tym, co stało się z Kornfeldem, jak Bóg zmienił jego życie. Miał przed sobą żywe świadectwo. Nie wierzył w Boga, ale ten człowiek dziwnie go pociągał. Zdążyli porozmawiać tylko ten jeden raz, następnego dnia Kornfeld został zamordowany przez jednego z porządkowych, którego nakrył podczas kradzieży jedzenia. Ta jedna rozmowa, podczas której ów więzienny pacjent na przemian mdlał i odzyskiwał przytomność, wsparta później miesiącami rozmyślań, przeobraziła go z niedowiarka w chrześcijanina. Ten człowiek przeżył obóz i później opowiedział całemu światu o losie skazańców. Nazywał się Aleksander Sołżenicyn.

                                                                                              * * *

Lata 30., 40. i 50. ubiegłego stulecia zaznaczyły się w Rosji falą okrutnych prześladowań. I to nie tylko politycznych. Syberyjskie gułagi zapełniały się... chrześcijanami. Winą tych ludzi była niezłomna wiara w Boga, nawet za cenę utraty życia. Ich wierność biblijnym zasadom, uczciwość, szlachetność „nagradzane” były hańbieniem, karcerem, torturami. Traktowano ich gorzej niż zesłanych do łagrów ciężkich kryminalistów. Ale oni na zło odpowiadali dobrem. Podtrzymywani niesłychaną siłą, w pokorze znosili katorżniczy trud, modląc się za swoich prześladowców. Nawet wtedy, gdy byli chłostani i poniewierani, ci pokorni ludzie nigdy nie życzyli źle swym oprawcom, nigdy z ich ust nie padały słowa przekleństwa. Była to dla wielu zadziwiająca postawa.

Do jednego z takich łagrów zesłano Wierę. Znalazła się tam tylko dlatego, że uczęszczała na nabożeństwa i dzieliła się z ludźmi swoją wiarą. Opowiadała o ewangelii, o Chrystusie, szczęściu i nadziei. Czytała Biblię i zarażała swym entuzjazmem innych. Za te „przestępstwa” skazano ją na dziesięć lat syberyjskiej katorgi. Ale samo obozowe życie było niczym w porównaniu z koszmarem, jaki osobiście zgotował jej komendant — człowiek okrutny i pozbawiony sumienia. Prześladował Wierę, gdy tylko nadarzyła się okazja. A ta skromna, cicha kobieta odpierała jego ataki opowieściami o Chrystusie, miłości, pokoju, zbawieniu. Bez względu na konsekwencje. I tak mijały lata. Któregoś roku los się zwrócił przeciw komendantowi i człowiek ten ciężko zachorował. Znienawidzony przez wszystkich, nie mógł liczyć na czyjąkolwiek pomoc. Oprócz jednej osoby. Była to Wiera — prześladowana przez niego więźniarka, karana za każdym razem, zmuszana do nadludzkiego wysiłku. Ta kobieta pielęgnowała chorego mężczyznę, nosząc w sercu słowa swego najdroższego Boga: kochajcie nieprzyjaciół waszych. W tej straszliwej samotności komendant analizował swoje życie pełne podłości, kłamstwa, przemocy i gwałtu. Przed oczami przesuwał mu się obraz wszystkich plugastw, jakie wyrządził ludziom. Patrząc na pomagającą mu Wierę, przypominał sobie też słowa, które tyle razy od niej słyszał — słowa wiecznego pocieszenia, z których całe życie drwił i które kosztowały pokorną więźniarkę dnie i noce spędzone w karcerze. Więcej, kosztowały dziesięć lat życia i utratę zdrowia. Wiera pytała często swego Boga: „Dlaczego się tu znalazłam? Przecież niczego złego nie zrobiłam. Dokąd, o, Panie?”. Teraz znalazła odpowiedź na to pytanie. Słowa, które przez lata powtarzała komendantowi, zaczęły rodzić owoce i powoli leczyły jego serce. Schorowany mężczyzna, głodny pokoju i dobra, prosił o więcej. Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja dam wam ukojenie. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Sumienie boleśnie się odezwało, ale te słowa leczyły rany. Co za łaska! Wybaczenie dla mnie? — niedowierzał. Przecież Bóg obiecał: choć wasze grzechy będą czerwone jak szkarłat, jak śnieg zbieleją. Wiera nie miała Biblii, ale teraz przypominały się jej wszystkie wersety, które z taką ulgą i radością sama przed laty czytała. Komendant chłonął każde słowo, aż jego coraz bledsze oblicze znieruchomiało. Odszedł uspokojony, przyjmując Dobrą Nowinę.

Prawdziwe chrześcijaństwo — pokorne, ciche i kochające. Wiera miała wystarczające powody, by nie myć, nie karmić, nie opatrywać swego oprawcy. Nie mścić się, ale też i nie pomagać. Jednak postawa miłosiernego Samarytanina uratowała ją samą przed zgorzknieniem, a jej prześladowcę przed potępieniem. Bo chrześcijaństwo jest zaraźliwe.

                                                                                              * * *

Alejandro Bullon, jeden z południowoamerykańskich misjonarzy, zorganizował kilka lat temu w Peru cykl spotkań ewangelizacyjnych. Na Stadionie Narodowym w Limie zasiadło 45 tysięcy zaciekawionych ludzi, a wśród nich Marco. Nie interesował go Bóg ani żadna inna ideologia poza tą, którą wyznawał: był rewolucjonistą. Obserwował mówcę i słuchający go tłum. Jego organizacja wytypowała go, by śledził wszystkie spotkania, więc posłusznie to czynił. Dotrwał do końca,
a po miesiącu w ręce misjonarza trafił taki list: „Poszedłem na stadion nie z powodu zainteresowania programem, lecz wypełniając powinność, którą na mnie w grupie nałożono. Zawsze jesteśmy obecni na wszystkich zebraniach publicznych. Wiemy o wszystkim, uczestniczymy we wszystkim. Niech pan nie myśli, że jestem bezduszny i bez serca. Mam uczucia, mam również marzenia. Marzę o państwie naprawdę wolnym, w którym istniałaby sprawiedliwość społeczna, w którym biedny nie byłby więcej niewolnikiem bogatego; gdzie dzieci rodziłyby się z nadzieją bycia w życiu kimś i miałyby prawo do zdrowia, edukacji i godnego życia. Wiem, że aby w obecnej sytuacji mogła zadziałać nowa struktura socjalna, potrzeba zniszczyć tę starą. Dlatego moje ręce splamione są krwią. Dlatego odebrałem życie tym, którzy błagali o współczucie. Myśli pan, że nie boli mnie to, co robiłem? Każde marzenie ma swoją cenę i ja byłem gotów ją zapłacić. Aż do tego dnia, kiedy poszedłem na Stadion Narodowy i to wszystko usłyszałem. Zagubiony pośród tłumu zrozumiałem tamtej nocy, że krew, którą należało przelać, aby zbudować nowe społeczeństwo, została już przelana — na krzyżu. I co ja mogę teraz uczynić? Jak zapomnieć tych ludzi, którzy na kolanach błagali mnie, bym darował im życie? Co zrobić z bezsennymi nocami i nękającymi mnie koszmarami? Byłem ślepy. Nie wiedziałem, że Jezus posiada rozwiązanie problemów mojego narodu”.

                                                                                                * * *

List Marco można nazwać zamianą jednej utopii na drugą. Ale można też zobaczyć w tym wielką siłę łaski. Bo utopia nie przemienia złego człowieka w dobrego — czyni to Bóg. To nie Alejandro Bullon porwał Marco do innego świata, to zrobił Bóg. Takich historii są miliony. Łaska pociąga człowieka i jednoczy z Jezusem. Jak u Wiery — nadaje moc ludzkiemu świadczeniu. Jak u komendanta — leczy rozbite życie i przemienia grzeszników w świętych. Boża łaska wypatruje zgubionych, odrzuconych; szuka drogi, by dotrzeć do zamkniętych umysłów. Z chwilą gdy rzeczywiście przychodzimy do Jezusa, nikt i nic, żadna siła na tym świecie nie jest w stanie przeszkodzić naszemu Bogu w utrzymywaniu więzi i przyjaźni z nami. Łaska zamienia nienawiść w miłość. Będąc blisko Boga, chrześcijaństwo przestaje być kościelną teorią, a zaczyna być codzienną praktyką. Kto idzie w stronę Światła, ten sam zaczyna jaśnieć Jego blaskiem. I nic już nie jest takie samo. Wszystko jest lepsze.

K.S.

[Historie te zostały szerzej opisane w książkach wydanych przez Wydawnictwo „Znaki Czasu”: A. i P. Macanowie, Cierniste drogi oraz A. Bullon, Gdy życie traci sens].

Źródło: ZnakiCzasu.pl

Autor artykułu: Adam Plewa

Dodane przez: Ania Kornelia | Opublikowano: 2013-12-04 | Kategoria: Czytelnia

Wyświetleń: 566