Pragnienie silniejsze od logiki

Prawie czterdzieści lat leżał bezwładny nad sadzawką. Liczył, że jednak kiedyś ktoś mu pomoże i zaniesie jako pierwszego do poruszonej wody, a wtedy zostanie uzdrowiony. Jego nadzieja nie gasła.

 

Kiedy fale pojawiały się na powierzchni wody, pierwszy człowiek, który dobiegł i obmył się w Betezdzie — jak wierzono — doznawał uzdrowienia (1). Przez trzydzieści osiem lat mężczyzna ten obserwował radość tych, którym się udało. Desperacko próbował być tym pierwszym, ale za każdym razem, ktoś go wyprzedzał. Uschłe ciało przegrywało w wyścigu ze sprawniejszymi. Wielka wytrwałość zrodzona z rozpaczy motywowała go do trwania w tym strasznym miejscu, bo nie miał innej nadziei. I któregoś dnia jego ponure życie rozświetliła obecność Mesjasza. Nie znał Go, ale zaufanie i majestat, które biły z oblicza Gościa, kazały mu poważnie potraktować całą sytuację.
 
„Panie, nie mam człowieka, który by mnie wrzucił do sadzawki, gdy woda się poruszy; zanim ja zaś sam dojdę, inny przede mną wchodzi” — rzekł zbolały z nadzieją, że teraz oto pojawił się ktoś życzliwy, kto pomoże mu w uleczeniu. I nie pomylił się, tyle że metoda uzdrowienia musiała go zaskoczyć. „Rzecze mu Jezus: Wstań, weź łoże swoje i chodź”. Całe życie tego człowieka zależało teraz od jego wiary. Ileż sceptycyzmu mogło się odezwać w tym momencie. „Ja, znieruchomiały, chory, mam wstać? Wolne żarty. To nie tak. Mnie trzeba wrzucić do wody, przecież widziałem na własne oczy. Co ty, człowieku, wygadujesz? Gdyby to było takie proste, dawno byłbym zdrowy”.
 
Ale stało się inaczej. „I zaraz ten człowiek odzyskał zdrowie, wziął swoje łoże i chodził”. Nie musiał z nikim współzawodniczyć. Jego odpowiedź na zaproszenie Jezusa nie polegała na tym, by być szybszym, bardziej czujnym i bardziej bezwzględnym dla innych. Cud nad Betezdą ukazuje sposób Bożego działania wobec człowieka. Bóg ratuje człowieka nie za to, kim jest, co potrafi zrobić i czy umie sobie wywalczyć pierwsze miejsce w wyścigu do sadzawki (czymkolwiek by ona nie była). Bóg nie zwraca uwagi na to wszystko. On widzi potrzebującego. W swoim Bożym współczuciu wyciąga rękę do niego, nie zważając, gdzie ten człowiek się znajduje, i wychodzi naprzeciw jego potrzebie.
 
Boży ratunek nie zależy od wylosowania szczęśliwego numerka, zdolności, siły fizycznej czy miejsca narodzin. To jest dar. Pytanie: „Czy chcesz być zdrowy?” Bóg kieruje do każdego z nas. I bynajmniej nie chodzi tylko o zdrowie fizyczne, ale przede wszystkim duchowe, które niesie daleko wspanialsze błogosławieństwa.
 
To wiara jest warunkiem przyjęcia uleczenia. Wiara jest naszą ręką uniesioną w górę, chwytającą łaskawą Bożą dłoń. Ale można polec w walce z wątpliwościami: Czy aby to ręka Boga? Czy nie puści mnie? A może to tylko majaki? Jeśli nie sprawdzisz, nigdy się nie dowiesz. Nie ma nic bardziej osobistego i dodającego siły niż doświadczenie wiary w Chrystusa.
 
Ów inwalida znad Betezdy mógł się nie podnieść. Mógł odebrać słowa Jezusa jako wielki żart. Wtedy do śmierci leżałby bezwładny nad wodą, patrząc, jak inni odchodzą z radością. Jego życie nie zmieniłoby się w żadnym calu. Przecież nie było tu żadnej logiki. A jednak odważył się posłuchać Chrystusa. Wbrew rozumowi, ale zgodnie z pragnieniem. I wyszedł zwycięsko.
 
 
 
Opr. K.S.
[Źródło: Miesięcznik Znaki Czasu, Listopad 2007].
 
 
(1) Zob. 5. rozdział Ewangelii Jana.
 

 

Autor artykułu: K.S.

Dodane przez: Administrator | Opublikowano: 2011-04-28 | Kategoria: Czytelnia

Wyświetleń: 400


Dodaj komentarz