Kryzys macierzyństwa czy tożsamości?

Co jakiś czas pod pręgierzem opinii społecznej stają przyprowadzone przez media kobiety, które zbrukały powszechnie przyjęty wizerunek kochającej matki.

 

Kolejnym dobrze sprzedającym się tematem jest podrzucony ostatnio i mocno udramatyzowany problem spadku przyrostu naturalnego, za co odpowiedzialne są oczywiście kobiety, które nie chcą mieć dzieci. Jak to może być, żeby kobieta nie chciała być matką i nie podejmowała odpowiedzialności za przyrost obywateli własnego kraju?
 
Podrzucając społeczeństwu sensację lub wywołując problemy z wyraźną tendencją obciążania za nie odpowiedzialnością jedną grupę społeczną, nie dba się celowo lub z lenistwa o to, aby przyjrzeć się z uwagą przyczynom potęgowania się niekorzystnych społecznie zjawisk. Najłatwiej jest skupić się na skutkach, bo to daje efekt medialny. Jest zbrodnia, jest sprawca, będzie wyrok, i mamy problem z głowy.
 
A przecież kobiety, w które chcemy rzucać kamieniami, urodziły się, wychowały i dorastały w jakiejś rodzinie i w naszym chrześcijańskim społeczeństwie. Jak to się stało, iż na drodze ich życia nikt nie zauważył, że z ich emocjami dzieje się coś niedobrego? Te kobiety były kiedyś dziewczynkami, które ukształtowało określone środowisko, a szkoła, do której przecież chodziły, uczyła (albo i nie) przygotowania do życia w rodzinie. Jakiego rodzaju wzorce kobiecości, macierzyństwa i męskości widziały dorastając? Widać nikt nie nauczył je być kobietami, które będą w przyszłości wiedziały, co to naprawdę znaczy. Przecież wiemy, że to kultura, a nie biologia kształtuje kobiecość i męskość. Jaka to kultura ukształtowała te nieszczęsne istoty ludzkie, które nie poradziły sobie z własną kobiecością i macierzyństwem?
 
Dziecko bez względu na płeć, wychowując się w rodzinie, obserwuje przede wszystkim rodziców. To oni są pierwszym wzorem kobiety i mężczyzny, a więc matki i ojca. Skąd dziecko ma wiedzieć, że rodzice są dobrym bądź niedobrym wzorem dla niego? Widzi, słyszy i naśladuje. Wchodzi w dorosłe życie nie zawsze do tego przygotowane, bo gdzieś po drodze natrafiło na wiele zła, a dobra było jak na lekarstwo. Na dodatek dużo społecznego zaniechania, wręcz obojętności, często też społecznego odrzucenia już na starcie, a niezbędnej do prawidłowego rozwoju miłości za grosz. A przecież bez miłości nic dobrego nie wyrośnie. Miłość nie rodzi się sama z siebie. Miłości uczymy się od tych, którzy mają ją w sobie i potrafią się nią podzielić, szczodrze przelać na następne pokolenie, aby dalej ją mnożyć. Miłość nie potrzebuje materialnego bogactwa, aby się rozwijać. Potrzebuje ludzi. Miłość potrzebuje też partnera w postaci wiedzy – właściwie podanej i w odpowiednim czasie. Wiedzy o człowieku jako istoty mającej potrzeby psychiczne, fizyczne i emocjonalne. Wreszcie wiedzy o życiu seksualnym i rodzicielstwie, nie tylko macierzyństwie. A tej wiedzy zbyt mało albo wcale, zarówno w rodzinach, jak i w szkołach – w myśl źle pojętej obrony moralności.
 
Ciężar odpowiedzialności za wiele negatywnych zjawisk społecznych nie może spadać na jednostkę ani na jedną grupę społeczną, bo bardzo często jednostka nie ma żadnego wpływu na pozbawione logiki decyzje ludzi trzymających władzę. W obliczu tragedii, kiedy matka robi krzywdę własnemu dziecku, nie można nie postawić pytań o przyczyny takich zachowań i czynniki, jaki złożyły się na takie dramaty jednostek.
 
Czy mamy zatem kryzys macierzyństwa, czy raczej kryzys tożsamości? Tożsamości rozumianej jako wiedza o tym, co znaczy być kobietą i mężczyzną. Bo przecież prawdziwe i zdrowe macierzyństwo nie istnieje bez zdrowego ojcostwa, a kobieta nie zostanie matką bez udziału mężczyzny. 
 
W planie Boga dla pary ludzkiej, dla mężczyzny i kobiety jako twórców życia, było „jedno ciało” (1). Koncepcja „jednego ciała” oznacza kompletny związek męża z żoną, a więc równą odpowiedzialność za to, co ten związek podaruje światu, zarówno w postaci potomstwa, jak i wszelkiego oddziaływania na środowisko, w którym funkcjonuje. Czy tak w istocie uczymy nasze dzieci pojmowania swoich ról? W procesie wychowywania powinniśmy pomóc im zdobywać wiedzę, umiejętności, wiarę oraz samemu pamiętać o Bożym planie rozwinięcia w nich pełnej męskości lub kobiecości, tak by wiedziały, co to naprawdę dzisiaj znaczy.
 
Jakich cech osobowości wymaga się od kobiety a jakich od mężczyzny? Kogo stawiamy wychowywanym w chrześcijańskim społeczeństwie dziewczynkom za wzór kobiecości, a kogo stawiamy chłopcom za wzór męskości? Warto byłoby postawić sobie pytanie, jaki był Jezus jako człowiek, jako mężczyzna. Może to będzie trop, który poprowadzi nas w kierunku odzyskania tożsamości w kontekście ról z chrześcijańskiej perspektywy? Może wtedy łatwiej będzie nam wychować nasze dzieci na odpowiedzialnych ludzi – mężczyzn i kobiety?
 
W pięknym liście apostoła Pawła do Galicjan czytamy o owocach Ducha Świętego, jakie wydaje nawrócony człowiek. „Owocem zaś Ducha są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość” (2). Te wszystkie cechy posiadał Jezus, a my powinniśmy dążyć do tego ideału, zarówno kobiety jak i mężczyźni, o ile uważamy się za chrześcijan. Żeby jednak przekazać je potomstwu, trzeba je mieć samemu. Jeśli owoców Ducha Świętego nie ogląda na co dzień dziecko w swojej rodzinie, to jakim mężczyzną lub kobietą będzie?
 
Niestety, wydaje się, że nawet w tak chrześcijańskim kraju jak nasz Jezus coraz rzadziej stawiany jest dzieciom za wzór. Częściej sięga się do list z nazwiskami ludzi sukcesu lub stu najbogatszych w Polsce i takie wzorce zaszczepia się w umysłach poszukującej własnej tożsamości młodzieży. Również politycy, także ci odwołujący się do chrześcijańskich korzeni, z trudem mogliby być stawiani za wzór, skoro wylewa się z nich zajadłość, fałsz i prywata. Czy na pewno wiedzą, kim są? Czy może mamy do czynienia z ogólnokrajowym kryzysem tożsamości i dlatego tyle w naszym społeczeństwie rozmaitych patologii? Może dlatego tak łatwo sięgamy po kamienie, aby obłudnie uderzać w ujawnione zło, a nie patrzymy na to, co na piasku pisze ręka Zbawiciela o nas samych (3)? Gdzie podziała się nasza odpowiedzialność za zło, któremu pozwalamy się rozwijać zamiast pielęgnować owoce Ducha Świętego?
 
I tak co roku z radością celebrujemy Dzień Matki, a miesiąc później Dzień Ojca. Kupujemy kwiaty, dzieci rysują laurki, wszyscy są zadowoleni, a potem wracamy do codzienności. Często bez żadnej refleksji. Bo co to naprawdę znaczy być matką? Co to znaczy być ojcem? Oto jest pytanie!
 
 
 
 
Barbara Niemczewska
[Źródło: Miesięcznik Znaki Czasu, Maj 2006].
 
 
(1)Zob. Rdz 2,24.
(2)Ga 5,22-23.
(3)Zob. J 8,3-11.
 

Autor artykułu: Barbara Niemczewska

Dodane przez: Ewcysia | Opublikowano: 2011-05-20 | Kategoria: Czytelnia

Wyświetleń: 1440


Dodaj komentarz