Cudowny przypadek Bogusława R., czyli o życiu po śmierci.

„Słowo twoje jest pochodnią nogom moim i światłością ścieżkom moim”

Zaledwie pół roku wcześniej, w zimowy słoneczny dzień ich ślubu, ksiądz powiedział, że państwo młodzi zasłużyli na takie słońce, ponieważ panna młoda, jako pielęgniarka na oddziale neurologicznym, ratuje życie ludzkie, a pan młody, który regularnie służy do mszy, poświęca się samemu Bogu! Jednak ciężka choroba zabrała jego ukochaną Stasię, miłość od pierwszego wejrzenia, w ósmym miesiącu ciąży.

Znali się od sześciu lat. Po ślubie zamieszkali w Mielcu. Żona jeździła do pracy do szpitala w Rzeszowie, a on aż na Śląsk. Był górnikiem, chciał zarobić na mieszkanie. Do domu przyjeżdżał raz na trzy tygodnie. Nie zdążyli się nacieszyć swym małżeństwem — w sumie widzieli się kilkanaście razy. Dlatego teraz nawet odratowane w ostatniej chwili dziecko nie było w stanie ukoić jego bólu. Stracił całą wiarę i nadzieję. Zaczął pić. Nie mógł też spać, gdyż przebudzenie się po śnie, w którym Stasia żyła, było gorsze od samej śmierci. Brał leki na uspokojenie, nawet do dziewięciu tabletek relanium przed snem. Marzył, żeby się po nich nie obudzić. Tylko mały Krystian trzymał go przy życiu.

W NOWĄ DROGĘ ZE STARYM BAGAŻEM

Już rok po pogrzebie żony poznał Basię. Po przyjęciu u znajomych odprowadził ją do autobusu. Jej spojrzenie przez ramię na pożegnanie poruszyło w nim zdawałoby się już umarłe resztki uczuć. Była pielęgniarką na oddziale fizykoterapii w miejscowej przychodni. Delikatna i spokojna, koiła jego poszarpane nerwy, a synkiem zaopiekowała się jak własnym dzieckiem. W 1991 roku wzięli ślub. Wkrótce urodzili się dwaj synowie. Jeszcze wtedy panował nad sobą i, jak mu się wydawało, kontrolował picie alkoholu. Ale z tabletek nie potrafił zrezygnować. Lekarz powiedział, że jak ich nie odstawi, to będzie z nim źle.

Akurat w tym czasie trafiła się okazja wyjazdu na zarobek za granicę. Wyjechał, choć bardzo bał się rozstania z rodziną i samotności. Złe przeczucia stały się niestety rzeczywistością — tak się rozpił, że gdyby brat nie kupił mu biletu powrotnego i siłą nie wsadził do samolotu, to chyba skończyłby ze sobą. Za nic jednak nie dawał sobie wytłumaczyć, że ma problem alkoholowy. Nałóg był silniejszy niż wszelka logika i rozum. A za wódkę sprzedałby wszystkich i wszystko — nawet obrączki z pierwszego ślubu.

Dla Basi i synów nastały straszne lata. Bywał agresywny, bezlitosny, niebezpieczny dla siebie i otoczenia. W końcu żona zagroziła odejściem.

DROGA W DÓŁ

Bogusław zgodził się na udział w grupie Anonimowych Alkoholików. Był rok 1996. Poznał tam elegancko ubranych i wykształconych ludzi, którzy przyznawali się do uzależnienia. A on do tej pory myślał, że alkoholik to ostatni menel leżący pod płotem! Spotkania terapeutyczne, na które regularnie uczęszczał, przyniosły mu upragnione wyzwolenie z nałogu. Było wspaniale... aż do 2002 roku.

Wtedy spotkał pewnego starszego pana, Stanisława, który zaczął z nim rozmawiać o Bogu. Jakieś mocne tęsknoty za utraconą wiarą poruszyły serce Bogusława. Z nieznaną sobie wcześniej gorliwością otwierał strony Pisma Świętego, szukając tam nowego sensu życia. Dużo radości i tak upragnionego pokoju dawały mu dyskusje o zbawieniu z łaski w Chrystusie, o Jego przebaczeniu i bezwarunkowej miłości.

Gdy wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze, nałogi z przeszłości znów zaatakowały z iście szatańską mocą. Nawet sam nie wie, jak to się stało, że ponownie zaczął pić i łykać leki. Chciał zagłuszyć wspomnienia i bolące sumienie. Wszczynał kłótnie. Sądził, że Basia w ogóle go nie rozumie. A ona zacięła się w sobie, zraniona i bezsilna. Nie mógł jej w żaden sposób okazać miłości, bo jak każdy alkoholik nie umiał już kochać. Dlaczego tyle z nim wytrzymała? Ponieważ kiedy nie pił, dbał o rodzinę i było dobrze. Ona widziała w nim to niewielkie dobro i dlatego została. Poza tym kochała go.

Ale teraz Bogusław albo pił na umór, albo zażywał mocne leki dla alkoholików, po których wprawdzie nie pił, lecz za to wpadał w stan totalnego otępienia. Nawet nie wiedział, że w tym samym czasie w sąsiednim pokoju Stanisław wraz ze swymi przyjaciółmi modlił się o niego, przerażony jego tragicznym stanem.

Pewnego wieczoru, zupełnie nie rozumiejąc, co się z nim dzieje, po prostu przestał chcieć żyć. Wziął bardzo dużo tabletek. Łykał jedną po drugiej. Gdy zabrakło wody w szklance, zawołał syna, by mu jej doniósł. Jedna z pastylek przykleiła się do dna szklanki. Basia, tknięta złym przeczuciem, wpadła do pokoju i zauważyła puste opakowanie. Natychmiast zadzwoniła po pogotowie. W szpitalu pół dnia walczono o jego życie. Lekarze nie dawali mu większych szans na powrót do normalnego funkcjonowania, zwłaszcza pod względem psychicznym.

DROGA W GÓRĘ

Jednak cud się zdarzył! Po miesiącu wrócił do zdrowia, i to w każdym wymiarze — także duchowym. Nareszcie docenił dar życia, miłość żony i łaskę Boga, którego cierpliwość i przebaczenie dotknęły nawet takiego beznadziejnego grzesznika jak on. Wiara, żywa i mocna, usunęła w cień problem z alkoholem i lekami. Od nowa musiał uczyć się miłości małżeńskiej i rodzicielskiej. Nie chciał już tej szansy zaprzepaścić.

Mimo cudownej zmiany kolejne nieszczęście padło mrocznym cieniem na jego rodzinę. Najstarszy syn wpadł w sidła alkoholizmu. Nie pomagały kolejne odwyki. Nastolatek podejmował nawet próby samobójcze. Powalające poczucie winy za całe lata negatywnych wzorców, jakie dawał synowi i które teraz przynosiły swe mordercze konsekwencje, wprost przygniotło go do ziemi. Żaden z synów nie zaznał jego miłości, lecz ten szczególnie. Robił wszystko, co tylko mógł, by znaleźć dla niego pomoc. Prawie wypłakał oczy, modląc się o ratunek dla nieszczęsnego dziecka, ale musiało minąć sześć długich lat, zanim Krystian wyzwolił się z nałogu. Obecnie jest ufającym Bogu, spokojnym młodym człowiekiem.

OTO WSZYSTKO NOWYM CZYNIĘ

Teraz jest już dobrze. Tak dobrze, że aż boi się, że może za bardzo. Są szczęśliwą rodziną, która każdą wolną chwilę chce spędzać ze sobą i swym niebiańskim Ojcem. To ku Jego chwale wszyscy — oprócz Basi — grają na instrumentach w amatorskim zespole muzycznym założonym wraz z przyjaciółmi. Prowadzona przez Bogusława niewielka firma urządzeń elektronicznych przynosi coraz większe zyski. Wreszcie stać ich na wspólne wakacyjne wyjazdy.

Przeżyte cierpienia oduczyły go egoizmu, dlatego wraz z żoną gorliwie zajmują się kolejnym „hobby” — otwartym przez nich rok temu Klubem Zdrowia. Obydwoje studiują w Instytucie Promocji Zdrowia w Podkowie Leśnej pod Warszawą i zdobytą tam wiedzę przekazują wszystkim chętnym. Robią to społecznie. Do wynajętego niedaleko ich bloku pomieszczenia przychodzi średnio kilkanaście osób raz w tygodniu. Basia, kiedyś tak nieśmiała, że bała się cokolwiek powiedzieć publicznie, prowadzi tam wykłady na temat profilaktyki zdrowotnej, bezpłatnie mierzy ciśnienie, poziom cukru i tkanki tłuszczowej. Czasem po prostu rozmawia z ludźmi i pociesza ich, gdy opowiadają o swych problemach. Jej mąż zaś chętnie dzieli się historią swej rodziny, jakby zmartwychwstałej do nowego życia. Nawet jeśli brakuje w nim słonecznych dni, to w te pochmurne nie musi już błądzić on, jego bliscy ani nikt inny! Bo przecież „Słowo twoje jest pochodnią nogom moim i światłością ścieżkom moim”1. A zaufanie temu boskiemu przewodnikowi jest zdaniem Bogusława najlepszą inwestycją w prawdziwie dobrą przyszłość.

1Ps 119,105.

Artykuł dostępny w: Znaki Czasu 4/09

Autor artykułu: Beata Frańczak

Dodane przez: Ania Kornelia | Opublikowano: 2014-07-23 | Kategoria: Nasze doświadczenia z Bogiem

Wyświetleń: 1178