Co się z nami stało?

Muszę się przyznać do pewnych dwóch wykroczeń, jakie popełniłem w mojej szkolnej młodości...

Muszę się przyznać do pewnych dwóch wykroczeń, jakie popełniłem w mojej szkolnej młodości. Jako początkujący nastolatek, już dość pewnie czujący się w szkole podstawowej, pewnego razu postanowiłem zaznaczyć w niej swoją obecność, rzucając z całej siły w świeżo wymalowaną ścianę szkolnej klatki schodowej soczystą gruszkę. Wtedy wydawało mi się, że rozbiła się pięknie. Niestety, nie dość szybko uciekałem z miejsca przestępstwa. Ktoś mnie zauważył. Mama spuściła lanie, a tata musiał zamalować efekt mojej młodzieńczej fantazji. Innym razem zachciało mi się rzucić ogryzkiem jabłka ze szkolnego okna w przechodzącą starszą osobę. Właściwie to były zawody, bo okno było na trzecim piętrze i wcale nie tak łatwo było trafić. Zawody wygrałem, jednak zamiast nagrody znów spotkała mnie kara, bo choć miałem cela to z refleksem było gorzej i trafiony zobaczył mnie w oknie. Moje szkolne „przestępstwa” były jednak niczym w porównaniu z kolegą z klasy, który już w wieku 12 lat regularnie palił papierosy i często wagarował. To dopiero było coś. Tak było w połowie lat 70.

Minęło 30 lat i zmieniło się wszystko. Dziś do szkoły mojego syna nikt nie dostanie się bez identyfikatora. Każdy jest sprawdzany. W niektórych są nawet ochroniarze. Narkotyki i inne używki są na porządku dziennym. Uczeń potrafi porwać się na nauczycielkę z siekierą, a na nauczyciela z kubłem na śmieci. Szkoły stały się dżunglą pełną małych drapieżników rzucających się pojedynczo czy stadami na słabszych osobników.

Właściwie to już wiedziałem o tym od wielu lat. Ale chyba do tej świadomości przywykłem do tego stopnia, że kolejnymi tego typu rewelacjami niespecjalnie się przejmowałem. Co jakiś czas jednak nadzwyczaj celne materiały prasowe czy telewizyjne wybudzają nas z tego letargu. Następuje bolesne zderzenie z rzeczywistością, uświadomienie sobie, że coś jest nie tak, że jako społeczeństwo zmierzamy w niewłaściwym kierunku, a właściwie dryfujemy donikąd.

Można oczywiście załamywać ręce nad stanem współczesnej młodzieży – zwłaszcza, że, jak pokazują badania, jest to świat 70% naszych nastolatków; można narzekać i pytać, co się z nimi stało. Ale ważniejsze jest w tym wszystkim pytanie, co stało się z nami, ich rodzicami, że do takiego stanu dopuściliśmy. Gdzie się podziały nasze wartości, osobisty przykład, czas dla własnych dzieci? Zniknęły pod zwałami pracy, ulubionych seriali, osobistych przyjemności. Zostały wyparte przez modne swego czasu teorie o bezstresowym wychowaniu oraz politycznie poprawną psychologię, które postawiły dzieci wyżej od rodziców, a uczniów od ich nauczycieli. Tak ukształtowani rodzice nie czują dziś żadnego wewnętrznego dyskomfortu, gdy domagają się od szkoły, by wychowywała ich dzieci, bo oni nie mają na to ani czasu, ani ochoty. Paradoksalnie dzieje się tak w czasie, gdy półki księgarń uginają się od poradników dla rodziców. No tak, ale czytelnictwo też leży…

Okazuje się, że Bóg taki stan przewidział już dawno. W nowym Testamencie czytamy: „A to wiedz, że w dniach ostatecznych nastaną trudne czasy: ludzie bowiem będą samolubni, chciwi, chełpliwi, pyszni, bluźnierczy, rodzicom nieposłuszni, niewdzięczni, bezbożni, bez serca, nieprzejednani, przewrotni, niepowściągliwi, okrutni, nie miłujący tego, co dobre, zdradzieccy, zuchwali, nadęci, miłujący więcej rozkosze nić Boga, którzy przybierają pozór pobożności”(1). Niestety, nie jest to tylko opis dzieci, ale i ich rodziców.

Bóg jednak nie ogranicza się jedynie do stwierdzenia choroby, ale zawsze proponuje lekarstwo. Co zatem możemy zrobić jako rodzice? Wpajać dzieciom zasady i wartości płynące ze Słowa Bożego. „A to są przykazania, ustawy i prawa, których Pan, wasz Bóg, nakazał was uczyć, abyście je pełnili (…). Będziesz wtedy miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej siły swojej. Niechaj słowa te, które ja ci dziś nakazuję, będą w twoim sercu. Będziesz je wpajał w twoich synów i będziesz o nich mówił, przebywając w swoim domu, idąc drogą, kładąc się i wstając”(2).

Oczywiście znajdą się tacy, którzy powiedzą, że to przeżytek, że trzeba iść z duchem czasów, z nowoczesnością itp. A co my innego robimy od kilkudziesięciu lat, jak nie właśnie to? No i dokąd zaszliśmy? Może trzeba nam zawrócić do starych prostych zasad, według których dziecko to dziecko, rodzic to rodzic, nauczyciel to nauczyciel, posłuszeństwo to posłuszeństwo, a miłość to miłość.

 


Andrzej Siciński
[Źródło: Znaki Czasu, Październik 2007]


(1) II Tm 3, 1-5.
(2) Pwt 6, 1.5-7. 

Autor artykułu: Andrzej Siciński

Dodane przez: Ewcysia | Opublikowano: 2011-04-01 | Kategoria: Czytelnia

Wyświetleń: 1435


Dodaj komentarz